Linux Mint 12 Lisa – pierwsze wrażenia

Wzięło mnie kilka dni temu na szukanie „lepszego” linuksa. Ogólnie lubię Ubuntu, ale nie się przyzwyczaić do Unity (denerwuje mnie delikatnie mówiąc), a Xubuntu też do końca mi nie leży, więc przetestowałem kilka dystrybucji. Były to: Fedora, openSUSE, „goły” Debian. Kiedyś już każdej z nich próbowałem, druga szansa nie pomogła. Fedora miała u mnie problem z wykrywaniem monitora podłączonego do Laptopa. Suse poległo skutecznie jak się bawiłem z montowaniem dysków (lamonieodporny). Debian – w stabilnej wersji za stary, ogólne problemy z moim laptopem, rozwojowej już mi się nie chciało instalować. Lubuntu – już wcześniej próbowałem, teraz dałem drugą szansę – dalej nie pamięta przestawienia myszy na leworęczną. A Xubuntu, którego przez ostatnie tygodnie używałem też zaczęło mnie wkurzać drobnostkami typu klonowanie obrazu i wykrywanie rozdzielczości na monitorach (ale i tak lepiej niż Lubuntu). Tyle marudzenia tytułem wstępu. Napiszę teraz o distro (a właściwie mix Ubuntu), które kiedyś widziałem u swojego wujka (!), a którego sam nigdy nie używałem.

Linux Mint 12 Lisa – bohater dzisiejszej notki. Jakoś wcześniej nie miałem do niego przekonania (pewnie dlatego, że widziałem go z KDE, za którym nie przepadam). Podczas ostatniego linuksowego węszenia przejrzałem screeny – obecna wersja wyglądała zachęcająco. A czego tak w ogóle szukam żonglując linuksami? Wygodnego GUI i bezproblemowego wsparcia dla pracy na dwóch monitorach. W związku z tym, że mam „switchable graphics” przestałem patrzeć czy cokolwiek obsługuje ten wynalazek z automatu (a nie miałem jeszcze natchnienia pogrzebać przy tym, opisy w necie są). Nawet w Windows jest z tym problem – przeklinam w tym miejscu Lenovo, że nie udostępnia od dobrego roku zaktualizowanych sterowników, bo oryginalne ATI+Intel niestety nie działają przy tym patencie (chyba, że coś się już zmieniło). No i oczywiście debianopodobność jest w jakimś stopniu plusem – siła przyzwyczajenia do pewnych rzeczy.

Instalacja Minta nie sprawiła mi żadnego kłopotu, tak samo jak pierwsze uruchomienie i aktualizacja. A interfejs użytkownika… TEGO SZUKAŁEM:) Jest gnomowy „dash”, jest normalny panel z menu, jest pasek otwartych okien. Wszystko ładne i wygodne. Niczego jakoś specjalnie długo nie muszę szukać, programy w menu ładnie podzielone na kategorie, itd. Poza tym szybkość działania jest całkiem zadowalająca.

Chyba nie ma więcej co pokazywać, zawsze można sobie wersję live odpalić;)

Aha – wymieniłem plusy i ogólnie się zachwycam – 2 razy zdarzyło mi się, że komputer przestawał reagować na prawy przycisk myszy. Pomagał restart X-ów. Podejrzenia wzbudza kombinacja Banshee i blokady ekranu – bo w obu przypadkach problem wystąpił przy odblokowywaniu. Bez włączonego Banshee nie zauważyłem takiego zachowania, ale pewnie z czasem coś jeszcze zaobserwuję. No i druga głupia sprawa – jak mamy dwa ekrany o szerokości np. 1600 i 1680 i rzucamy na to jedną z dołączonych tapet, które mają > 3000 px szerokości, to wcale nie jest ona rozciągnięta na dwa ekrany. Jest jakby sklonowana ale z kilkucentymetrowym przesunięciem. Lipnie to wygląda, ale też jeszcze nie szukałem rozwiązania – nie samą tapetą człowiek żyje:)

Na tym zakończę już wywody, nie będę się nad każdym pikselem rozczulał. Dodam jeszcze, że póki co używam Minta, co nie znaczy, że przyrosłem do niego. Ubuntu 12.04 z ciekawości mam zamiar sprawdzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *